żeby nie skasowali

nie wiem, czy to nie jest jakis mit z tym kasowaniem, ale lepiej coś dodać.
zajrzałam sobie właśnie do starych notek.
nagle uświadomiłam sobie, że ten blog (razem z nowym) to pięć lat życia.
pięć lat życia!
nieźle.
strasznie się zmieniłam przez te pięć lat.

nowy blog

Adres nowego bloga jest dość oczywisty.

calajaskrawosc.ownlog.com

Zapraszam moich nielicznych fanów.

Postaram się tam skopiować wszystkie notki. Trochę czasu to pewnie zajmie. Do blog.pl straciłam zaufanie i wolę gdzieś przenieść całe archiwum.

Finlandia

Nie mam ciągle nowego bloga, bo przez ostatnie dni cierpię na straszliwy brak czasu i ochoty na zajmowanie się internetem.
Jutro wyjechałam do Finlandii, gdzie mam zamiar zupełnie się odrealnić. Mam nadzieję, że pomoże mi w tym brak kasy, brak planu i łapanie stopa.
A teraz idę dalej wpychać wszystkie ciepłe rzeczy do plecaka. Mam nadzieję, że będzie zimno jak skurwysyn, bo jeśli nie, to po co ja to wszystko biorę?

 

najwyraźniej koniec

Podobnie jak wielu z nas, wynoszę się stąd. Adres nowego bloga (wszyscy przenoszą się na ownlog, więc chyba i ja tam skończę) podam, gdy tylko sobie jakiś wymyślę.

Droga redakcjo blog.pl – jest nam niezmiernie przykro, że nie pytając nikogo o zdanie (zwłaszcza osób, które kiedyś, w danych dobrych czasach, za zalożenie bloga zapłaciły), tak bardzo zmieniacie wizerunek tego serwisu.
W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, tylko olanie Was ciepłym moczem.

Nie interesuje mnie data mojej śmierci, tak baj de łej.

Żegnam ozięble (jak by powiedział Marecki).

o tym, że drugie z głowy, ale i tak wszyscy kiedyś umrzemy

W piątek zaliczyłam kolejny egzamin i szwendałam się bez sensu w rejonie Krakowskiego P. i Nowego Ś., nie wiedząc gdzie mam się podziać z całym swoim szczęściem. Na egzamin polazłam w brązowych długich gaciach, a upał był jak diabli, więc po wyjściu z instytutu weszłam do mijanego po drodze lumpeksu i kupiłam sobie jakąś luźną, zwiewną i przewiewną spódnicę. Gdy miałam już spódnicę, zaczęły mnie jakoś parzyć czarne pantofle, założone na gołe stopy. Byłam oburzona, bo zawsze były wygodne, ale jakoś im to wybaczyłam, zrzucając całą winę na panujące gorąco. Czułam jednak, że nie może tak być, że ja tu idę, szczęśliwa, wolna jak hipis, w spódnicy z lumpeksu, rękawy bluzki powywijane do granic, a nogi mnie bolą w butach. Zdjęłam więc buty i dopiero wtedy zaznałam smaku wyzwolenia ostatecznego. A nie, sory, wyzwolenie ostateczne przyszło wtedy, gdy podarłam spektakularnie część notatek. Kpt. zaproponował, żebyśmy wypieprzyli je z Mostu Gdańskiego do Wisły, ale przecież pracowałam kiedyś w griinpisie, więc mi nie wypada.

W weekend byliśmy z Kpt. na ślubie mojego chudego i długiego brata. Ślub był taki, o jakim marzą wielkie gwiazdy, a niestety nigdy im nie wychodzi, bo ostatecznie i tak wszyscy mogą zdjęcia zobaczyć na pudelkach, w faktach i na onecie. Brat mój poślubił swoją ukochaną w wiejskim drewnianym kościółku, było swojsko, miło i ciepło, bez nadętej atmosfery, z ładnie śpiewającym organistą, czad po prostu. Taki ślub to może i nawet chciałabym mieć, gdybym chciała mieć ślub.
Ostatnio jakoś coraz mniej chce mi się jarać, a coraz częściej myślę o kremie przeciwzmarszczkowym, częstszym bieganiu i innych wysiłkach, które opoźnią nadejście starości i śmierci. Chyba wszystko przez tą krwawą jatkę, Black Hawk Down, którą obejrzeliśmy niedawno. Dlaczego przez to? Bo na tym filmie wszyscy umierają z łatwością, w jednej sekundzie żywi i zdrowi amerykańscy chłopcy tracą na przykład calą dolną połowę ciała, albo przebija im głowę pocisk przeciwczołgowy czy jakiś tam inny. Niektórzy nadal żyją, mimo, że z medycznego punktu widzenia nie powinni. Krew leje się gęsto, jak to zwykle u Ridleya Scotta, widocznie facet wykupił wieloletni abonament w agencji robiącej tego rodzaju efekty specjalne (dużo czerwonej farby, sztucznych flaków i poobcinanych kończyn). Film jest niewątpliwie dobry i trzyma w napięciu tak, że w pewnym momencie, podczas oglądania, odkryłam, że cała się trzęsę jak galareta.
Wcześniej nie chciałam go oglądać, bo oglądanie rozmaitych obrazów o swobodnym rozwalaniu się ludzkich ciał nie działa na mnie dobrze.
Tym razem też nie zadziałało. Położyliśmy się z Kpt. spać, Ktp. zasnął od razu snem sprawiedliwych, a ja leżałam bezsennie ze trzy godziny i martwiłam się tym, że śmierć może przyjść tak niespodziewanie, bez względu na to, czy jesteśmy na wojnie, czy jedziemy sobie tramwajem do pracy. To potworne! Czego byśmy nie robili, możemy być jak Madonna, wysportowani i młodzi w wieku lat 50, możemy sobie jeść sałatę i walczyć z wolnymi rodnikami (cokolwiek to jest), i tak umrzemy prędzej czy później. Nie będzie to chyba przyjemne. Gdy coś się psuje w naszym ciele, to nas boli. Na pewno boli bardziej, gdy psuje się wszystko.
Ciekawe, co tam jest dalej… Cały czas obawiam się, że nic i właśnie to przeraża mnie najbardziej, chociaż, jeśli nie ma nic, to powinno mi być wszystko jedno. A jeśli istnieje reinkarnacja i wszystko będzie trzeba zaczynac od początku? O kurwa, wyobraźcie sobie… znowu zdawać maturę i iść na studia, masakra!
Obiecuję, że jeśli kiedyś umrę i okaże się, że mam jakąś duszę, to przyjdę tutaj do moich bliskich, ale tak w ciągu radosnego i wesołego dnia, żeby nikogo nie przestraszyć i powiem wam, jak to jest naprawdę.

tradycyjne L4

Od poniedziałku siedzę bez skrupułów na L4. Ponieważ jednak trochę mam wyrzuty sumienia, że ja siedzę, a inni w tym czasie pracują, postanowiłam odbębnić serię antybiotyków, którą odkładałam gdzieś na sierpień czy grudzień. Antybiotyki są chujowe, tak, jak zapowiadał mój ulubiony pan doktor, bo działają bezpośrednio w moim schorowanym żołądku, gdzie niszczą wszystko, co się rusza. W związku z tym większość dnia chce mi się rzygać.
Mieliśmy plan, żeby jechać w niedzielę do chałupy Styków, ale zajrzałam na konto.

W związku z tym nie jedziemy, tylko gnijemy dalej w Warszawie, ja się uczę, Marchewa wypruwa z siebie flaki w robocie, wszystko po staremu.
Jedziemy za to na ślub mojego ciotecznego brata, który zrobił był dziecko swojej pannie. Mimo, że minęły już ze dwa miesiące, od kiedy się o tym dowiedziałam, nadal nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Mój brat zawsze będzie tkwił w mojej świadomości jako mały Krzysiu, z którym bawiliśmy się budując zamki z błota, mieliśmy klub wielbicieli ślimaków i kąpaliśmy się w jednej balii latem u babci.

se siedzę

Za kilka godzin na Poleskiej impreza, a ja se siedzę. Nie spieszę się, trochę sprzątam, trochę odpoczywam, zaraz sobie zrobię kawusię (nie wolno mi jej pić, więc piję rzadko, jako, że jestem wolnym duchem, jednak w ciele uwięzionym) i posiedzę sobie dalej. Nie spieszy mi się, bo i gdzie? Sobota, wolna sobota, jak się kiedyś mówiło. Egzamin, który miałam dzisiaj zdać, zdam za tydzień, też dobrze. Może, gdy będę miała jeszcze trochę czasu, douczę się porządnie i dostanę jakąś godziwą ocenę, a nie tróję.
Dolną półkę w Szafce Opartej O Ścianę może posprzątam?
Oj, Jaskrawa, kombinujesz już, jakby tu się zabrać za robotę!
Ale tam na dole jest straszny syf!
Nie szkodzi, zawsze był. To była półka, na którą wrzucałam Co Popadnie.
Posprzątam i tak, zamknij się leniu.
Kawę wypij chociaż.

Co poczuliście, kiedy dowiedzieliście się, że umarł Michael? Ja nic, bo nie znałam go osobiście, ale potem mi się smutno zrobiło. Na pewno ciężkie miał, biedaczysko, życie. Oczywiście można teraz mówić, że sam był sobie winien, bo po co sobie tyle operacji robił i po co brał jakieś tam leki itd. No tak, ale przecież nie jest łatwo być Taką Gwiazdą. Ciekawe, jaka ja bym była w jego sytuacji. Łatwo oceniać. Co my robimy? Palimy papierosy, chlamy piwsko, żremy tłusto. Zamiast na Maraton Złotej Jesieni czy Jakiegoś Lata, jedziemy na grilla do kumpla-z-liceum. Wiele kobiet dba o siebie, wklepując kremiki i spędzając cztery lata dziennie w łazience, a potem wychodzi stamtąd z całą gamą kolorów na mordzie. Ble, dobra, nie o tym chciałam.
Chciałam o Michaelu. Fajnie śpiewał, nie? No i szkoda chłopaka, dzieciaki osierocił, ojca starego w smutku pogrążył, a sam się nacierpiał za dwóch.
Boże, ja chcę na wieś! Kupowałam dzisiaj kwiatki u takiej babulki. Te babcie niektóre są sto razy mądrzejsze, niż wszystkie głupie gazety.pl. Babcia mnie zagadała dowcipem, bardzo udanym. Wydaje mi resztę – kilka dwuzłotówek – i mówi szeptem „schowaj dziecko, bo to szczere złoto!”, a potem się serdecznie roześmiała. Ja też się roześmiałam, a potem usłyszłam małą wylewkę żalu, że młodzi wyjeżdżają teraz za granicę, zamiast tutaj pracować. Powiedziałam babci, że ja siedzę tutaj i nigdzie się nie wybieram, kupiłam sobie kwiatki i jestem szczęśliwa.*

Zabawna historyjka mi się w pracy przydarzyła. Notuję, żeby nie zapomnieć.
Przyszli pewnego dnia jacyś panowie do nas, ubrani w ładne, estetyczne robocze ciuszki. Wchodzą i wręczają mi jakiś druk-prośbę o udostępnienie biura dla jakichś pomiarów. Pytam więc panów, czy mam to im gdzieś podpisać czy co. Panowie milczą jak zaklęci. Stoją i patrzą na mnie. Pytam ich zatem, czego ode mnie potrzebują, jeśli nic, to niech sobie mierzą, zapraszam i tak dalej. Panowie nadal nic.
Do you speak English? – pytam
Panowie: Deutsch!
Ja: Aaa…. Eeeee… Ein moment! Panika w oczach.
Odwracam się do biura: Mówi któraś z was po niemiecku?
Szefowa: Ania mówi, ale poszła do sklepu.
Odwracam się do panów i gestem zapraszam ich do stolika. Panowie sobie usiedli, coś tam sobie notują na dużym arkuszu papieru.
Usiadłam, próbuję dodzwonić się do Anki i zapytać, kiedy wróci, ale słyszę jej komórkę odzywającą się z jej pustego biurka. Bez sensu, myślę. Przecież nie muszę z tymi facetami gadać, tylko po prostu wpuścić ich do biura, żeby zmierzyli, co mają zmierzyć i już.
Tylko jak im to powiedzieć, skoro oni siedzą i czekają?
Pomiaren machen Sie bitte?
Kurwa. Trzy lata niemieckiego w liceum. Tyle jest warta nauka w polskiej szkole.
Wstaję więc od biurka i idę do panów Niemców. Gestem ręki wskazuję na biuro. Go ahead, mówię zupełnie w próżnię, z cieniem nadziei, że może któryś coś skuma. Panowie gapią się na mnie, nic nie rozumiejąc.
W końcu zauważam, że jeden z nich ma taką składaną drewnianą żółtą miarkę. Chwytam ją i przykładam do ściany, potem pokazuję na nich i na biuro.
Panowie: Aaaaa! – zrywają się z krzeseł i zabierają do roboty.
Z tyłu za sobą słyszę jakieś brawa i śmiech dziewczyn.
Dlaczego to zawsze na mnie trafia?

W końcu panowie wychodzą, uśmiechają się i mówią „baj baj”. Ja na to „Danke! Baj baj!”.
Głupie, nie?

*nie zawsze, ale kto by tam dbał o szczegóły…